Projekt Arsenal znów zatrząsł się w podstawach, a szefowie klubu, przy całym swoim zaufaniu do Arsene'a Wengera, muszą zastanowić się, czy jego kontynuowanie w obecnej formie ma jakikolwiek sens.
Nie bez powodu zamiast skupiać się na derbach Londynu wybieram kolejną oryginalną wypowiedź francuskiego szkoleniowca, który w środku tygodnia robił wszystko, by udowodnić, że trzecie miejsce w lidze także oznacza zdobycie trofeum. Co prawda nie zdarzyło mi się jeszcze zobaczyć radości, fajerwerków czy unoszenia jakiegokolwiek pucharu po zajęciu najniższego miejsca na podium, ale właśnie to osiągnięcie dla Francuza jest ważniejsze niż zwycięstwo w którymkolwiek z krajowych pucharów. To, że rangą Premier League wyprzedza inne ligi coraz bardziej, nowością dla mnie nie jest, jednak stwierdzenie trenera, który od kilku sezonów, mimo ambicji popartych inwestycjami, niczego nie wygrał, musi dziwić, zwłaszcza wyposzczonych kibiców Arsenalu.
Tak jak tydzień temu na Emirates słabość Arsenalu została ukazana przez przegrany pościg przy drugiej bramce dla MU Denilsona za Rooneyem, tak komentarzem do wczorajszego meczu powinna być sytuacja z ostatnich minut derbów Londynu. Cesc Fabregas, wielce utalentowany kapitan Arsenalu, fauluje Drogbę w pobliżu własnego pola karnego, a mimo to zwraca się do sędziego, który kieruje w jego kierunku żółtą kartkę. Mowa ciała młodego Hiszpana była dla obserwatorów łatwa do odczytania – pokazuje arbitrowi, że przewinienia być nie mogło, bo jak on, takie chuchro, mógł powalić na ziemię większego, lepiej zbudowanego rywala. Kolejny raz z wyścigu mistrzowskiego Arsenal został brutalnie (ale w zgodzie z przepisami) wypchnięty. Następną, przykrą dla „Kanonierów” oznaką niemocy była frustracja małego geniusza z Rosji, Arszawina, który wystawiony przez Wengera na szpic, toczył nierówne pojedynki z Mikelem, Terrym czy Carvalho. Toczył je dzielnie, ale oczywiście przegrywał.
Arsene Wenger od innych menedżerów mógłby się jeszcze wielu rzeczy nauczyć, a przede wszystkim, tak jak oni, powinien wyciągać wnioski z każdego meczu. Choć za tą nieskrywaną wieczną pretensją kierowaną w stronę Francuza i jego co bardziej oryginalnych słów kryje się wielki szacunek, to nie mogę powstrzymać się od tego sąsiedzkiego przytyku – nie Arsenal wczoraj na Stamford Bridge przegrał, ale francuski szkoleniowiec. Zresztą jego klęska przedłużyła się nawet na pomeczową konferencję, gdy ku zdumieniu zgromadzonych mówił o świetnym występie swojego zespołu. Ciekawe, że powtarzanie błędów sprzed tygodnia, ukazywanie nowych niedociągnięć w drużynie czy kolejna porażka z bezpośrednim rywalem do tytułu prowadzi Francuza do takich wniosków. Błędnych – co przyznają sami kibice Arsenalu.
Nie dajcie się zwieść kolejnym opowiastkom o niskim budżecie transferowym, pięknej idei czy wyższości boiskowej estetyki. Obecny futbol może doprowadzać największych romantyków do rozpaczy, ale liczy się wynik końcowy, nie czas posiadania piłki czy ilość wymienionych podań. I choć skreślać Arsenalu z wyścigu mistrzowskiego nie zamierzam, a „Kanonierzy” wciąż mają szansę na tryumf w Lidze Mistrzów, to trzeba zastanowić się, w którym miejscu znajduje się słynny projekt Arsene'a Wengera. Czy kolejna porażka z bardziej doświadczonym zespołem nie powinna być powodem zmiany koncepcji prowadzenia klubu? Francuz decyduje w Arsenalu dosłownie o wszystkim i jestem pewien, że dla jego dobra zaryzykowałby wiele. Czy jednak przyzna się do klęski i wróci do koncepcji, która choć była bardziej toporna i odbiegająca obecnym standardom piękna obowiązującym na Emirates, to jednak przyniosła „Kanonierom” wspaniałe sukcesy?
Arsenal, jeśli wciąż ma się liczyć w walce o tytuł, musi dokonać niemożliwego, ponieważ żadna drużyna, tracąca do lidera dziewięć punktów na tym etapie, nie zdołała go na koniec sezonu wyprzedzić. W pierwszych reakcjach kibiców „Kanonierów” da się raczej odczytać zafrasowanie dalszą przyszłością klubu niż tą najbliższą. Oni są prawie pewni, że jeśli Arsene Wenger nie zdecyduje się na zmiany w swojej koncepcji, to w przyszłym sezonie czekają ich kolejne frustracje, pewnie podobne do tych z meczów przeciwko Chelsea i United. I choć w piłkarzach Arsenalu dostrzegam wielki talent, to kibicom takiej perspektywy nie zazdroszczę.
| Źródło: Własne wersja do druku
Redakcja nie odpowiada za treść opinii.
Jeśli już masz konto w iGol.pl - zaloguj się, aby dodać komentarz pod swoim nickiem.
Prosimy o kulturę wypowiedzi. Komentarze zawierające niecenzuralne zwroty bądź obrażające inne osoby będą usuwane. Kod html w wypowiedziach jest niedozwolony.
| Pn | Wt | Śr | Cz | Pt | So | Nd |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | 30 |
© 2001-10 Copyright by iGol.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: weeby.pl
(10-02-2010 15:43, ~czeczen)
Narzekał Wenger na terminarz? Narzekał! Man Utd później Chelsea. Kontuzje. To nie jego plan upada tylko pech. Nie lubię arsenalu, ale Wengerowi oddaję hołd. Moim zdaniem jeszcze jego plan zaoowocuje. Dobrze się panowie iGola znają na piłce więc skąd takie poddawanie wątpliwości? Najlepsza liga na świecie kontra młodzi zawodnicy z potencjałem, ciężka sprawa. Drużyna której właścicielem nie jest szejk ani żaden inny magnat ropy naftowej. Zarabia na siebie pieniądze, a mimo tego odnosi dobre wyniki. Na rewelacyjne tylko poczekać. Zresztą co tutaj się produkować. No i pytanie - skąd ten pomysł że Wenger nie walczy z błędami? Wydaje mi się, że to robi. Tylko nie każdy może się wystrzec przed błędami z takimi drużynami jak Chelsea i Man Utd. Zresztą w meczu z Chelsea również fortuna im nie sprzyjała. Pierwsza bramka Drogba znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie, przy drugiej przebłysk geniuszu i fenomenalnie wyprowadzony kontratak. To nie arsenal zagrał słabo, tylko Chelsea dobrze. Po co takie artykuły od razu? :)